Oglądamy: (amfiteatr rzymski, położony w El-Dżemm, 70 km na południe od Sousse.)
El-Dżemm, położony jest mniej więcej między Susą a Safakisem. Wokół jadąc autokarem mijamy miejscową ludność i monotonne krajobrazy, urozmaicone drzewami oliwnymi.
Drzewa oliwne to niezwykłe bogactwo Tunezji…
Główna atrakcja El-Dżemm to amfiteatr rzymski jest on zachowany w lepszym stanie niż Koloseum w Rzymie.
Amfiteatr jest największą budowlą rzymską w całej Afryce wzniesioną w III w n.e. Budowla ma długość 149 m i szerokość 124 m do jej budowy sprowadzono budulec z kamieniołomów oddalonych o 30 km, woda została doprowadzona z podziemnych akweduktów ze zródła bijącego 15 km od miasta.
Amfiteatr posiada trzy rzędy siedzeń o wysokości 36 m, mieścił od 30 do 35 tys. osób.
Spacerując po ruinach amfiteatru, aż trudno sobie wyobrazić odbywające się tam w przeszłości krwawe przedstawienia z udziałem gladiatorów walczących z lwami.
O tak wczesnej godzinie tego dnia światło i pierwsze promienie słońca czyniły nam tam cuda…
9 lis 2009
EL JEM
CHOTT EL JERID
Wstajemy bladym świtem, nieprzyzwoicie wcześnie (04:30), aby zobaczyć wstające słońce na słonym jeziorze. Wielki Szott położony jest poniżej poziomu morza, otoczony przez pustynię niewielkimi pasmami górskimi. Szot El-Dżerid zajmuje powierzchnię ok 5 tys km² jego obszar przecina 90 km szosa na grobli.

Gdy nie było jeszcze grobli z drogą jezdną, jedynym sposobem dotarcia do oaz południowych (Tauzar, Nafta, Douz) była ryzykowna wędrówka bezpośrednio po wyschniętym dnie. Powierzchnia jeziora jest w niektórych miejscach bardzo krucha i cieńka, pod spodem kryje się bagniste podłoże. Szott jest to największe jezioro na Saharze, nic dziwnego, że robi niesamowite wrażenie. Zatrzymujemy się gdzieś przy drodze, zaraz będzie wstawać słońce. Powoli z nicości wyłania się maleńka pomarańcza, która powoduje na jeziorze drżące miraże, od błękitów po fiolety, przez lazury, karmazyny, żółcienie. Słońce wstało, a nam opłacało się wstać nieprzyzwoicie wcześnie.
Podziałało jak dobra mocna kawa…
Dojeżdzamy do miejsca gdzie czekają na nas jeep’y, pogrupowani przesiadamy się z autokaru i rozpoczynamy 4 godz. przejażdzkę po bezdrożach pustynnych.
7 lis 2009
6 lis 2009
MONASTIR
Monastir to dla wielu podróżnych pierwszy etap ich wypraw na północ lub południe Tunezji.
Niektórzy tutaj spędzają swoje wakacje nastawiając się nie tylko na plażowanie i kąpiele w morzu.
Miasto leży 22 km na południe od Sousse wbrew pozorom Monastir nie jest lotniskiem z dobudowanym do niego miasteczkiem, ale to przede wszystkim miasto szczycące sie długą i bogatą historią.
Posiada międzynarodowe lotnisko o największym natężeniu ruchu turystycznego z Europy, samoloty rejsowe i czarterowe startują i ląduja tu 24h/dobę.
Pomiędzy tym lotniskiem a miastami Monastir i Sousse kursuje kolejka “Metro du Sahel”. Bardzo łatwo dotrzeć do wszystkich miast wybrzeża lub centrum. Metro jest swoistą atrakcją turystyczną przez 10min jazdy można nasycić oko nie tylko widokami zza okna…
Dla mniej odważnych zawsze w okolicy lotniska lub ulicy znajdzie się żółta taxi i chętny kierowca, który nawet wyjdzie z samochodu, aby zaproponować podwiezienie we właściwym kierunku.
Monastyr to miejsce urodzenia pierwszego prezydenta niepodległej Tunezji, Habiba Burgiby.
Spacerując uliczkami miasteczka nie sposób o tym zapomnieć już z daleka widać mauzoleum prezydenta Burgiby i jego rodziny. Gmach wzniesiono za życia prezydenta, pochowano go tam po śmierci w 2000 r.
Brukowana droga do przepięknej bramy prowadzącej do mauzoleum tętni życiem, przechadzają sie po niej nastoletni, matki z dziećmi i starsi.
Tuż pod murami ribatu, na północny zachód od fortyfikacji, rozciąga się stary cmentarz muzułmański. Nagrobki dekorowane są wstęgami i kolorowymi płytkami ceramicznymi. Chyba wielkim zaszczytem jest uchwycić ten moment, gdy miejscowi żegnają najbliższych.
Monastyr to również miejsce maleńkich, ślicznych sklepików, kolorowych, a właściwie zdradliwych zakupów. Należy bardzo uważać, albo posiadać asertywność osła. Nasza przygoda z pamiątkami zaczęła sie od oglądania pocztówek, które chcieliśmy staropolskim zwyczajem wysłać do rodziny.
Pocztówki stały na stojaku na ulicy przed malowniczym sklepikiem po chwili byliśmy już w środku tegoż malowniczego sklepiku. Ciasnota i duchota były nie do zniesienia, ale nic bardziej mylnego, prowadzona rozmowa z właścicielem prowadzi również kupujących na zaplecze i tu wielkie zaskoczenie, sklepiczek przeistacza sie na zapleczu w supermarket. Po chwili już nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i którą drogą w tym markecie idziemy, ale wylądowaliśmy na stoisku pt.”dywany”.
Drzwi zostały zamknięte, przeuroczy Pan i Pani rozpoczęli prezentację towaru. Nim się zorientowaliśmy ja siedziałam przy właścicielce owego przybytku i ze zdziwieniem obserwowałam jak moimi rękoma wyplatała dywan całując mnie w policzek.
Zaprezentowali nam dywany wszelkiej wielkości, uświadamiając nas, że są nam niezbędne.
Uratowało nas 5 euro, ktore ukryło się gdzieś w portfelu, zostaliśmy wypuszczeni wolni bez dywanu, ale i pocztówek oczywiście…
